Kategorie: Wszystkie | Polecamy! | achtung!
RSS
środa, 25 czerwca 2008
Ostrzyżone vespiontko poleca

Dzisiejsza bielizna:
jak zwykle perfekcyjnie sparowana;) Satynopodobne figi w psychodeliczne kwiatki plus biały stanik z aplikacjami i cekinami

Na początek trochę prywaty. Mianowicie chciałam oznajmić, że zdobyłam się na radykalną decyzję i ścięłam kudły (o, tu jest fotka). Tzn. ów akt odwagi miał miejsce parę tygodni temu, ale nie było gdzie ani kiedy się pochwalić. Opinie mojego otoczenia są podzielone, chyba większość osób jest na nie. Co mi zresztą lata koło rzyci ponieważ nigdy wcześniej nie czułam się tak bezpretensjonalnie i komfortowo. Już nie mówiąc ile czasu oszczędzam z rana, nowy fryz nie wymaga bowiem prawie żadnych zabiegów. I na pewno przez najbliższe parę lat nie zamierzam owłosienia zapuszczać.
Chociaż muszę przyznać, że zdumiała mnie reakcja niektórych koleżanek z pracy, pod tytułem: "a nie szkoda ci było włosów?" Próbowałam im wytłumaczyć, że jeżeli kogoś natura obdarzyła bujnymi, to niech sobie zapuszcza grzywę i do pasa, ale wiele kobiet naprawdę lepiej wygląda w krótkich. Jak ktoś ma krzywe nogi, dla własnego dobra nie powinien nosić mini, a jak ktoś ma trzy pióra na krzyż, nie ma po co ich hodować. Ale do niektórych to nie trafia, jak dziewczyna to musi mieć długie kudły i kropka, to przecież nasz atut bla bla bla. Taki mentalny zaścianek trochę.
BTW aż szkoda, że nie mam jak Wam polecić tej fryzjerki. Poszłam do niej z odręcznym rysunkiem (!) własnego autorstwa, z natury rzeczy średnio precyzyjnym, a dostałam dokładnie to czego chciałam. W dodatku za - w przeliczeniu - ok. 36 PLNów, z myciem łba. No ale niestety to w Edim jest.

I na koniec (niestety nie będzie tak profesjonalnie jak u Sutka, bom nieutalentowana w tym kierunku): po latach poszukiwań znalazłam wreszcie eyeliner doskonały:




Od Rimmela. Nazywa się toto
Exaggerate Liquid Eye Liner, dostępne jest w kolorach czarnym i brązowym. Nie wiem jak Wy, ale ja bez eyelinerów żyć nie mogę. Tym operuje się bardzo łatwo, nie trzeba mieć szczególnej wprawy żeby wykonać precyzyjną kreskę. Ma optymalną, nie za płynną konsystencję. Wystarczy jedno pociągnięcie, żeby uzyskać odpowiednie natężenie koloru. I najważniejsze: trzyma się na oczach cały dzień. Makijaż robię o szóstej rano, do domu wracam po dwudziestej - podkład i tusz wyglądają już słabo, że o cieniach czy błyszczykach nie wspomnę (dlatego też nie stosuję ich do pracy), a mój eyelinerek wygląda jakbym go przed chwilą nałożyła. Genialny produkt.
Niestety nie mogę na stronie Rimmela znaleźć info o cenie, a sama nie pamiętam. Drogi w każdym razie nie jest.

That's all folks, fajnie, że nam się trochę blog rozruszał :)

13:34, suotkie_vespiontko , Polecamy!
Link Komentarze (13) »
czwartek, 19 czerwca 2008
poważniej

Dzisiejsza bielizna: niebieściuchny stanik La Senza (polecam La Senzę, choć mają tylko rozmiary najmniej 70 i najwięcej E), granatowe bokserki z czerwonymi lampasami.

Dziewczęta, kochane! Pamiętacie nasze początki? Powód powstania tego bloga?
Ach, te czasy cudowne stanęły mi przed oczami, kiedy przeczytałam ten tekst.
Muszę się przyznać - jestem feministką. Uważam, że kobiety nie są gorsze od mężczyzn (co nie znaczy, że są takie same), powinny zarabiać te same pieniądze za tę samą wykonywaną pracę. Uważam, że w rodzinie powinno funkcjonować partnerstwo, a nie praca kobiet na drugim etacie (za który nikt im nie płaci). Uważam też, że powinnam mieć prawo do decydowania o własnym ciele i zdrowiu. Uważam, że moda i uroda jest tak samo ważna - jeśli nie ważniejsza - niż piłka nożna. I wartoby dla niej przerywać programy w telewizorze :)) Uważam jeszcze dużo rzeczy.
Przyznaję też, że jestem feministką-hipokrytką. Najzwyczajniej w świecie lubię, kiedy mężczyzna przepuszcza mnie w drzwiach :))
I w zasadzie nic więcej nie chce mi się pisać, temat feminizmu to temat rzeka. Zainteresowanych odsyłam do cytowanego bloga. Jest tam wiele rzeczy, z którymi się utożsamiam, ale również z kilkoma się nie zgadzam.
Wot i wsio.


PS. Nie, nie mam faceta. Nie mam też wąsów, mam piersi i nie noszę kraciastych... a nie, to o lesbijkach :P
Nie posiadam obecnie faceta, ale posiadanie lub nie posiadanie rzeczonego nie ma wpływu na moje poglądy. Przykro mi panowie, u mnie musicie sprzątać swoje skarpetki i zmywać naczynia :P

10:16, aslica_goracewargi
Link Komentarze (14) »
wtorek, 10 czerwca 2008
Pulchny sutek w drodze na basen
Zbliżają się wakacje i jak to kobiety zaczynamy zastanawiać się, co zrobić z tym przeklętym celulitem, który odłożył się nam w czasie zimy na pośladach i udach? Niektóre pomyślały o tym wcześniej, inne (tak jak ja) obudziły się w te ciepłe letnie dni z przysłowiową ręką w nocniku pokryte skórką pomarańczową. W panice biegniemy do drogerii i aptek po coś co wygładzi nasze (i tak piękne) uda. By oszczędzić wam czasu i pieniędzy Sutek postawił na sprawdzoną markę i właśnie pisze te notkę pod wpływem silnego szczypania w uda.
wtorek, 23 października 2007
lepiej se na Britnej zrobic glowe niz stracic tu wyplaty polowe.

Dziesiejsza bielizna - majtki czarne z fioletowa koronka, stanik czarny, fioletowe rajstopy

Dzisiaj NIE polecam uslug w salonie fryzjerskim Hair Coif w Zlotych Tarasach. Chyba ze lubicie zaplacic duzo otrzymujac niewiele wiecej niz w malym salonie na Pradze.

Oto bowiem obsluga jest fatalna. Jako klient jestes zaniedbywany, uwage fryzjera zwraca wiecej kolega/kolezanka na zapleczu, soczyscie klnaca niz twoje wlosy. Nie zrobia ci masazy glowy. Nikt ci nie doradzi w jakich wlosach bedzie ci najlepiej, jaki kolor pasuje. No chyba ze zazyczysz sobie pasemek ok godziny 17. Wtedy wyperswaduja ci ten glupi pomysl - pasemka robi sie za dlugo, lepiej i modniej bedzie jeden kolor nalozyc. Nakladajac klor nie dbaja o twoje ciuchy. Ubrudzi twoj najlepszy sweter i machnie reka - spierze sie. Wiara ich w nowoczesne proszki do prania, zaprawde jest wielka. Podczas ciecia masz wrazenie ze facet umie obcinac tylko na jedna modle i robi to kazdej kobiecie ,nie wazne czy ma glowe okragla, jajowata czy kwadratowa. Nie zna pojecia grzywki. I wciaz mysli o swojej dziewczynie, czekajacej w salonie i tupiacej na ciebie noga.

A potem za wszystko kaza ci jeszcze zaplacic. 400 zl. Owszem, z szybka regeneracja zniszczonych wlosow, alekosztem zniszczonego swetra, niezadowolenia z fryzuru, koloru i obslugi.

10:06, niesforny_sutek , achtung!
Link Komentarze (18) »
poniedziałek, 24 września 2007
Jesienny rekonesans

Dzisiejsza bielizna: biała, bawełniana; stanik z kwiatkiem i wstążkami, majtki w różowe kwiatki i krateczkę vichy

Dawno nie zdawałam relacji z zakupów, no ale kto chciałby czytać o tak seksownych i glamourowatych nabytkach jak nieprzemakalne spodnie, plecak z siatką wentylacyjną, skarpety z usztywnianą piętą czy stuptupy. Takie ciężkie czasy na mnie przyszły, że albo ekwipunek, albo szmaty, bo muszę oszczędzać. No ale wczoraj uznałam, że przesada w żadną stronę nie jest dobra, wypłaciłam ostatnie Ł50, i poszłam zobaczyć, cóż tam sklepy przyszykowały nam na tegoroczną jesień.

W sumie wycieczka udana - upolowałam śmieszny kożuszek bez rękawów (tylko muszę pomyśleć, do czego mogę go nosić) i piękną bluzkę tej firmy dosłownie za grosze (punkt dla TKMaxxa), czyli jest fajnie. Ale ogólnie po raz kolejny stwierdzam, że nie mogę się doczekać kiedy obecna moda się zmieni - ale tak od A do Z, czyli pewnie dopiero za parę lat.

No bo tak:

- co mi się spodobała kolorystycznie jakaś bluzka, to się okazywało, że jest o linii A. Nienawidzę luzek o linii A. Podejrzewam, że dobrze się sprawdzają kiedy chce się zatuszować fałdki na brzuchu czy brak talii, albo - kiedy są dłuższe - poszerzyć chłopięce biodra. Ja jestem akurat mocno wcięta w pasie, który to atut owe wynalazki skutecznie maskują, mam także dość szerokie (ale przecież, kurde, nie przesadnie!) biodra, co z kolei zostaje uwydatnione - rezultat jest taki, że kobiecy efekt klepsydry zostaje zastąpiony efektem gruchy.

- wciąż straszą krótkie płaszczyki i żakiety, nawiasem też o linii A, z ogromnymi guzikami. Kojarzy mi się to z clownami, a clownów nie cierpię od dziecka. Najgorsze są te wielkie guziki. Wiecie tak BTW, że guzikowa fobia jest bardzo rozpowszechniona? Nie udało mi się wprawdzie znaleźć jej fachowej nazwy, ale regularnie natykam się w necie na wypowiedzi osób, które nie znoszą ubrań z guzikami, bo te wręcz je brzydzą. Moja antypatia jest wprawdzie wyłącznie na tle estetycznym, ale wyobrażam sobie, co od paru sezonów muszą przeżywać ci wszyscy biedni ludzie:D 

- na baletki przestałam psioczyć, odkąd pojawiła się alternatywa dla mnie w postaci peep toes. Ale tak mnie zastanawia - czy już na stałe weszły do kanonu, czy z wielkiego przeboju (wiem, wiem, odgrzewanego) staną się zwyczajną opcją, tak jak kowbojki czy tenisówki, które raz na jakiś czas stają się tak "hot" że łomatko, ale noszone są w zasadzie przez cały czas, czy też wkrótce będą zupełnie passe. Osobiście sądzę, że jednak pozostaną mniej czy bardziej popularne, bo - chociaż ich nie noszę i nosić nie będę - trzeba przyznać, że są to jednak buty wygodne i praktyczne.

- a propos peep toes: oprócz powrotu mojej ukochanej barwy szmaragdowej są dla mnie bardzo jasną stroną obecnej mody. Jak niejednokrotnie wspominałam, nie znoszę butów odkrytych, a PT, chociaż de facto takie są, mój puchaty mózg postrzega jako zakryte - golizna występuje w skali, w której nie tylko mi nie przeszkadza, ale wręcz może wyglądać fajnie. Mam nadzieję, że peeptoesowy trend utrzyma się jeszcze przez kilka sezonów.

- rurki trzymają się mocno i to się prędko nie zmieni, ale spodni będę na szczęście szukać dopiero po wypłacie.

- bufki są nawet ok, dodają odrobinę smaczku nudnym bluzkom koszulowym. Przy czym jak dla mnie - wyłącznie przy rękawach krótkich. Na płaszczach i żakietach nie toleruję.

- ogólnie ten cały look laleczki, w rozszerzanej tuniko-bluzeczce, z wielkimi guzikami i kokardami pod szyją, w legginsach i baletkach na opcjonalnie patykowatych nóżkach, z wisiorem po byku dyndającym na wątłej piersi, nie jest dla mnie. Nie pasuje ani do mojej figury, ani do mojego stylu (nie żeby ten był jakoś konkretnie sprecyzowany, ale przynajmniej wiem, czego NIE LUBIĘ), czułabym się w tym jak przebrana. Marzy mi się powrót dżinsów bootcutów i bluzek / swetrów / marynarek długości do pasa. Oraz zmierzch ciuchów odcinanych pod biustem albo pod nim rozszerzanych, które zamierzam nosić dopiero w ciąży, bo tu faktycznie mogą się okazać funkcjonalne.

Generalnie, jak dla mnie jest słabo i wychodzi, że wybrałam sobie dobry czas na oszczędzanie:)

15:42, suotkie_vespiontko
Link Komentarze (13) »
czwartek, 20 września 2007
polecanki, ochrzanianki oraz jedno odkrycie

Dzisiejsza bielizna: czarny stanik z bordowymi haftami, gatki różowo-bordowe w paski. Nic do siebie nie pasuje :))

Chciałam się, Drogie Puchate Istoty, podzielić z Wami moimi ostatnimi odkryciami i spostrzeżeniami natury, hmm, ogólnie zakupowej.

Więc po pierwsze: w Sephorze mają świetne eye-linery. Oprócz zwykłych, z których zakupiłam dwa - grafitowy i zielony - i które nieźle się nakładają i dobrze się trzymają, ale są całkowicie nie wodoodporne (przetestowane na dużej ilości łez), no więc oprócz zwykłych posiadają tam także obłędne eye-linery brokatowe! Powiadam Wam, oko w brokacie robie niesamowite wrażenie. A ileż frajdy sprawia wymyślanie makijażu z takim brokatem! Przyznaję, że mogliby nieco popracować nad aplikatorem - pędzelek, który już zdążył mi się rozszczepić - ale sam gadżet jest świetny. Polecam.

Po drugie: być może znacie, ale dla mnie do odkrycie - marka Isana. Z marki tej posiadam kilka produktów i muszę przyznać, że jestem bardzo zadowolona. Nie dość, że są one dobrej jakości, to ich cena jest zdecydowanie przystępna. Za słój kremu do ciała z oliwką 500ml zapłacicie ok. 6 PLN, a uwierzcie, stopy, które smaruję codziennie ze względu na możliwość powstawania bąbli, jeszcze nigdy nie były tak gładkie. (Nie, nie smaruję TYLKO stóp :]) Świetnie nawilża i ładnie pachnie. Polecam także żel do golenia (akurat posiadam o zapachu brzoskwini) oraz przede wszystkim płyn do kąpieli. Wybrałam zapach mleka z miodem, bo bardzo lubię, ale są tez i inne. Płyn się przyjemnie pieni i, co najważniejsze, nie wysusza skóry, jak inne wypasione uprzyjemniacze kąpielowe. Zdecydowanie będę stawiać na Isanę.

Po trzecie: ochrzanianka. Projektantowi serii XLNT (tej dla grubych kobiet) w KappAhlu powinni zrobić jakąś poważną krzywdę. Albo chociaż zwolnić. Wyobraźcie sobie, że przeglądając wieszaki ze spodniami znalazłam... rurki. Z ciekawości aż przymierzyłam. Muszę powiedzieć, że wrażenie było, jak to się brzydko mówi, porażające. Spodnie opinające DOKŁADNIE nogi, które nie powinny być opięte to jakaś koszmarna pomyłka. I już abstrahując od rurek i serii XLNT, zauważyłam, że w ogóle w tych seriach, zarówno w KappAhlu, jak i w Hajemowym B&B dominują spodnie ze zwiężanymi nogawkami. Nie wiem, doprawdy, kto odpowiada za te kolekcje, ale nie jest to ktoś, kto wie, jak ubierać grube kobiety... Bo przecież w zwężanych nogawkach z figury robi się gruszka :] A mi się tak marzą spodnie za kolano z szerokimi nogawkami i nieco opięte na pupie...

Po czwarte: odkrycie. Trafiłam jakiś czas temu na forum Lobby Biuściastych i dowiedziałam się, że większość z nas ma źle dopasowane staniki. Z reguły sa one za szerokie w obwodzie i za małe w miseczkach. I jeśli dobrze dopasować biustonosz, to nie robią się buły i nie trzeba takiego co chwilę poprawiać. Na blogu Stanikomania, który można znaleźć w naszych zakładkach, znajduje się za to mnóstwo przykładów, że "nietypowe" rozmiary wcale nie są takie nietypowe! Ponadto na forum można się dowiedzieć, jak się zmierzyć i jak dobrać rozmiar stanika. Co najważniejsze, można się także dowiedzieć, gdzie kupić nietypowe rozmiary. Dla czystej rozrywki polecę Wam również wypowiedź :))
Osobiście mam zamiar w najbliższym czasie odpowiednio dobrać sobie cyckonosz. Zobaczymy czy te michały mogą być jeszcze piękniejsze :D

To tyle refleksji, drogie Puchatki, niedługo być może zamieszczę sprawozdanie z polowania na oficerki.

08:41, aslica_goracewargi
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 13 sierpnia 2007
pachnący sutek

Dzisiejsza bielizna - stanib brązowy, koronkowy z Kappahla + majtki czarne proste figi

Jeśli są na sali fanki zapachów Elizabeth Arden - 5th Avenue, Sunflowers czy tak jak ja Green Tea, zapraszam do aptek Superpharmu. Zniżki sa obłędne!

Ja już kupiłam ;D

21:20, niesforny_sutek , Polecamy!
Link Komentarze (1) »
piątek, 27 lipca 2007
irlandzki zespół pieśni i tańca na gościnnych występach

Dziewczęta puchate moje drogie. Myślę, że trzeba w końcu odpocząć od niezwykle poważnych i zajmujących tematach, bo ileż można kontemplować, arcyciekawą co prawda, geometrię skrzydeł Harriera. Dlatego proponuję dzisiaj - całkiem dla odmiany - zająć się czymś zgoła odmiennym. Zakupami.
Pozwoliłam sobie wkleić spostrzeżenia natury zakupowo-sukienczanej z dalekiej słonecznej Irlandii koleżanki naszej w puchactwie, niejakiej Ziraelki. Redagowałam ja.
Oto one:


Zakópy som do dópy

Dzisiejsza bielizna: różowa bardotka w czarne grochy wykańczana koronką i gacie do kompletu z siatką zamiast tyłu. Wszystko śliskie oprócz siatki (satyna or wtf?)

Wybrałam się na zakupy, by kupić SUKIENKĘ. Nigdy tałatajstwa nie nosiłam, ale od kiedy jestem z panem Bartłomiejem czuję psychiczny (a czasem nawet fizyczny, ale nie wdawajmy się w strzegóły) nacisk, by takowe nosić. Chłop mój uważa bowiem, że wyglądam w nich kobieco, a nawet (o zgrozo) seksownie. Kompletnie ignoruje też moje uwagi, że udem mogłabym obdzielić dwie dziewoje, cellulitisem takoż. Od czasu gdy jesteśmy razem nabyłam trzy kiece - zwiewne białe giezło z płócienka, brązową krótką o kroju tunikowym i biało-czarną w stylu tanecznym (bez ramiączek, rozkloszowana) :P

Czegóż więc brakuje? Ano MAŁEJ CZARNEJ. Bo to i wyszczupla, i klasyczna elegancja etc.
Podążając więc śladami Coco Chanel, Audrey Hupburn i Posh Spice (:D :D :D) udałam się na łowy.
Przeceny krzyczą 'Wybierz mnie! Wybierz mnie!' z nieomal każdej wystawy, sukienek zatrzęsienie. Dałam sobie godzinę.

O jakżeż byłam głupia !!!

Po pierwsze primo - krój.

W myślach podzieliłam te 'sukienki' na trzy typy. Oto one:

1) Jane Austen's not dead. Obowiązkowo z płótna, obowiązkowo w łączkę, obowiązkowo pastelowa, obowiązkowo z odciętym biustem (wiecie co mam na myśli, empirowa talia, czy jak to się tam nazywa). Podobała mi się JEDNA - biała, prosta, do połowy łydki, z haftowanym karczkiem. 85 euro... I uwaga, może ja się mylę, ale zawsze mi się wydawało, że to przeszycie powinno być POD BIUSTEM. A tutaj, poza tą jedną, przeszycie znajdowało się na POŁOWIE BIUSTU, dzieląc go na dwie, wybitnie 'estetyczne' połowy. I bynajmniej nie wciskałam się w S-ki, przymierzałam 14 (czyli jakieś 42). Niektóre w ogóle nie wchodziły na mój cyc, a wcięcie dekoltu znajdowało się w tym miejscu gdzie niektórzy (nie zaliczam się do tej grupy) mają biceps. Może ja jestem słabowita na umyśle, ale o co kuffa chodzi??

2) Dirty Dancing. Do połowy uda, z ramiączkami lub bez, ewentualnie przekładane przez szyję, na obrzydliwej, sztywnej siatce. Nadruki, kwiaty, esy-floresy, wszystkie kolory tęczy. Dół sukienki tworzy z ciałem kąt prosty. No choinka po prostu. Może do 'Tańca z gwiazdami' (nie wiem, nie oglądałam), ale na ulicę??? Koszmarki. Wrażeń empirycznych brak, bo nie przymierzyłam nawet sztuki.

3) Sado Maso is fantastic. Ledwo zakrywająca pośladki, z suwakiem lub guzikami z przodu, obcisła jak kostium kąpielowy, dekolt do pępka, czarna, czerwona, lateksowa, skórzana, z lycrą. Widziałam też model ekstremalny - był w różowo-srebrne mazy. Przymierzyłam jedną, z normalnego materiału, zapinana z przodu na guziki, z pomysłową stójką. Mój biust rozpłaszczył się jak jajko sadzone i wyglądałam jak domina z filmów klasy F.

4) Niezklasyfikowane. Sukienki wzorowane na worki po ziemniakach. Wyglądają jak T-shirt po starszym bracie, z odciętymi ramionami, odrobinę (albo i nie) zwężony w talii. Bawełniane. O-brzy-dli-we.

Ale w końcu, po wielu trudach, wreszcie zobaczyłam JĄ...
Czarna, z lejącego się materiału, opływowa, dekolt w literę V, drapowana na piersiach, wysoki karczek. Prosta, klasyczna elegancja.

I tu przechodzimy do drugiego primo.

Ja nie wiem co jest ze mną nie tak, ale żadna sukienka nie leży na mnie dobrze (pamiętam jak kupowałam kieckę na studniówkę, po przymierzeniu 50-tej usłyszałam, żebym poszła do krawca, bo mam za duże piersi i jestem zbyt... proporcjonalna). Irlandki nie należą do najzgrabniejszych i najszczuplejszych kobiet na świecie, więc ja z moją L-ką (dół) i XL-ką (góra), ewentualnie XXL-ką czuję się szczęśliwa.
Problem z sukienką jednak wygląda tak - każda, która idealnie opina pośladki nie dopina się na biuście jakieś... 10 cm. Ta, która ładnie eksponuj piersi, wisi na biodrach. Nawet nie wisi. Ja mam w niej miejsce na 2 bukłaki z wodą - po jednym z każdego boku. I źle mi z tym. Naprawdę.

Sukienki nie kupiłam. Kupiłam za to czarny gorset. Dobrany wg rad fachowca
:) Satynowe cudo, które rewelacyjnie podtrzymuje piersi, zwęża talię i wygląda pod garniturem. Zdobyte w tym sklepie - www.annsummers.com. Proszę się nie zrażać erotycznym stuffem, mają tam naprawdę rewelacyjną bieliznę, jeśli komuś nie przeszkadza ściana wibratorów w drodze do przymierzalni :)

Ale i tak jestem rozczarowana.

Nic to - pozdrawiam.

Ziraelka na gościnnych występach.



Ze swojej strony dodam, że ogromnie się cieszę, że udało mi się złupić hajema na okoliczność kiecy wściekle różowej (no dobra, to jest FUKSJA, chociaż fuksja to KWIAT :P), wiązanej na szyi z megadekoltem (w związku z czym musiałam złupić również KappAhla w związku z brakiem odpowiedzniego cyckonosza), z fajnego materiału i utrzymującej się stylistycznie w okolicach lat 40-tych ub. wieku. Jak mnie jakieś śluby dopadną, to będzie jak znalazł :))      A_GW

23:38, aslica_goracewargi
Link Komentarze (5) »
piątek, 06 lipca 2007
1000.

Dzisiejsza bielizna: nie przyznam się, wszystko co lepsze - w praniu :P (Za to dzisiaj jestem cała hajemowa. Nawet kapelusz :] Ale ja nie o tym...)

Dziewczęta me drogie i puchate, jestem z nas dumna. Znajdujemy się na, jakże zaszczytnym, 1000. miejscu w rankingu popularności blogów!
Hip hip hurra :D

11:46, aslica_goracewargi
Link Komentarze (13) »
piątek, 15 czerwca 2007
sutek poleca na każdą okazję

moja bielizna - brązowy stanik koronkowy od Kapphala i majtki z serii szare blizniaki - choć wolałabym siedziec teraz nago...

Szybka reklama produktu doskonałego.

 

Wodoodporny tusz do rzęs Lancome. Sprawdzony na plaży, pogrzebie i na deszczu. Trzyma się na rzęsach kilkanaście godzin. Prócz trwałości gwarantuje wydłużenie i pogrubienie rzęs. Koszt - ok 120 zł - opłaca się. Polecam!!!

22:21, niesforny_sutek , Polecamy!
Link Komentarze (9) »
niedziela, 22 kwietnia 2007
o rozmiarach
Kilka dni temu, by pocieszyć sie w dniach wyjątkowego dołka, wybrałam się na zakupy z myślą o nabyciu sukienki na ślub Sio. Znalazłam jedną taką cudowną, zakochałam się i stanęłam przed olbrzymim problemem. Jaki rozmiar z wieszaka zdjąć? Zerkam na dostępne - 36, 38, 40, 44. A ha! Nie ma 42 mojego najbezpieczniejszego* rozmiaru sukienkowego! Wzięłam 40, przymierzyałam i okazało się że jest delikatnie przyduża (żeby było śmieszniej - w biuście). Koleżanka więc wepchała mi do przymierzalni 38 i kurka zmieściłam się w nią choć cycki lekko wypływały. Owszem, ostatnio chudnę intensywnie (areobik+ruch+stres+małe porcje żywieniowe robia swoje) ale bez przesady!

No i tu właśnie jest pies pogrzebany. Skelpy zaniżając rozmiarówki wmawiając nam, że jesteśmy takie fajne bo mieścimy się już w M, a kiedyś przecież L to było minimum. A kobiecina myśli sobie "skoro jestem taka fajna i mieszcze się w 'nie mój rozmiar' to chyba kupię te kiecke/spodnie/bluzke cokolwiek, no". I tak zarabiają koncerny.

Na świecie coraz więcej jest anorektyczek, dla nich stworzyli najpierw XS, potem XXS a niedawno nawet rozmiar 0. Coś tam się dzieje w Hiszpanii w kierunku ustalenia jednej rozmiarówki i wygnania z wybiegów wychudzonych wieszaków, ale jedna jaskółka wiosny nie czyni.

W Polsce średni rozmiar dla pań to 44. Kobiety więc nie portestują, bo fajnie się czują z tym, że wbiły się w "mniejszy" rozmiar. Sama kupiłam ostatnio ucieszona mniejszym rozmiarem spódniczkę. Koncerny (HiM szczególnie, same powiedzcie) zacierają rączki i liczą pieniążki. Biznes się kręci.
Ale jak długo tak można? Mnie osobiście to wkurza. Wolałabym kupić to 42 niż być oszukiwana. A wy?


* cycki, to wszystko zawyżają cycuszki moje ;p

Inspirowane artykułem z Cosmo 05/2007
15:18, niesforny_sutek
Link Komentarze (21) »
czwartek, 15 marca 2007
Styl

Dzisiejsza bielizna: żółty ręcznik w tulipanki;)

Coś czuję, że będzie długa notka, więc zapytam krótko a konkretnie: jaki jest Wasz styl? To znaczy, jakie są w nim elementy, którym jesteście niezmiennie wierne, a jakie w miarę możliwości  staracie się dopasowywać do bieżących trendów? Określiłybyście się jako zachowawcze, ekstrawaganckie, nadążające, spokojne, jeszcze inne (określeń jest pewnie legion) czy może w ogóle ponadto?

Kto za nic nie założy różowej kiecki, kto najlepiej czuje się w rozwleczonym swetrze, kto uznaje tylko seksowną bieliznę, kto nie wyobraża sobie życia bez dwudziestu pięciu par butów, kto lata cały czas w jednej parze ukochanych dżinsów, kto nienawidzi pomarańczowego i kratki, kto uwielbia bluzki koszulowe, kto stawia na dodatki, a kto woli minimalizm, kto ubiera się dyskretnie, w skrytości ducha marząc o okazji, która da mu pretekst do pokazania się w skąpym panterkowym wdzianku?;)))))

Na ile Wasz styl jest zależny od zalet bądź mankamentów figury? Co lubicie podkreślać, a czego nie pokażecie za żadne skarby?

Piszcie. Może być ciekawie:)

U mnie jest tak:

Elementy i zasady, którym jestem wierna, to

1. Prostota. Nie, że minimalizm, geometryczne formy i monochrom, ale od przesadnego wyrafinowania, orgii wzorów, kolorów, biżuterii i dodatków dostaję kręćka. Lubię nosić zestawy skompletowane z tylu ciuchów, ile to naprawdę konieczne - spodnie, bluzka, coś na bluzkę gdy zimno - nie lubię kombinacji typu bluzka koszulowa (żeby kołnierzyk wystawał), na nią sweterek, na niego kamizeleczka, pod spódnicą legginsy. To tak, jak mam z urządzaniem mieszkań o którym pisałam na Misiu - może to i fajne, ale ja tego nie ogarniam. Zbyt duże skomplikowanie tak przestrzeni, jak i ciuchów mnie przytłacza.

Poza tym to ja mam dominować nad strojem, a nie odwrotnie, że jak ktoś będzie na mnie patrzył, będzie widział piórka, szaliczki, bransoletki, million świecidełek, dziesięć faktur materiału, sto kolorów, dwieście falban... tylko nie mnie.

2. Prosto nie znaczy nudno. Lubię ciuchy z charakterem. Nigdy nie kupię np. banalnego tiszertu z długim rękawem w smętnym kolorze, bo sam w sobie może marny, ale będzie super wyglądał w połączeniu z obecnymi w mojej garderobie żakietem / naszyjnikiem / kamizelką. Bo właśnie nie mam głowy do kombinowania. Przerasta mnie takie wizjonerstwo. Dlatego wybieram takie rzeczy, które bronią się pojedynczo.

3. Wolę ciuchy gładkie niż wzorzyste, ale nie, że wzorów w ogóle nie noszę - tylko są u mnie przypisane do określonych typów ubrań. Krata - wyłącznie na bardzo przeze mnie lubianych zapinanych na guziczki koszulkach z krótkim rękawem (wyjątkiem potwierdzającym regułę jest w mej szafie pojedyncza tunika), a jeśli na spodniach, to tylko z tweedu lub materiałów tweed udających (przy czym takich spodni aktualnie nie mam i nie planuję nabyć). Paski poziome - wyłącznie na sportowych koszulkach bez rękawów. Kropki i kwiatki - prawie nigdy. Afryka dzika - chętnie na dodatkach oraz bieliźnie, uwielbiam zwłaszcza panterkowe majtki. Paski pionowe - NIDGY I NA NICZYM (nie zaliczam do pasków prążków, prążki to zupełnie inna kategoria).

4. Polśniewaczom nie jestem przeciwna, ale wyłącznie jeśli występują z umiarem ( tak w obrębie pojedynczego ciucha, jaki i całego zestawu - w sensie, że jeśli mi się coś tam dyskretnie świeci na dupie, to na bluzce już nie ma prawa). Granicę umiaru każdy ma swoją własną, to kwestia smaku. W każdym razie osoby znające mnie z realu mogą chyba potwierdzić, że nie lśnię jak choinka;)

5. Uwielbiam połączenie białej bluzki z niebieskimi dżinsami. Czy jest to zwykły tiszert i wytarte spodnie, czy bluzka koszulowa i dżinsy takie bardziej wypasione plus obcas, czy ludowa bluzeczka, spodnie z dziurami i sandałki - kocham zawsze. Bezpretensjonalne, dobre w każdym wieku, przy każdej figurze i na prawie każdą okazję, zależnie od szczegółowych fasonów i dodatków. Białych bluzek, najróżniejszych, oraz dżinsów ci u mnie dostatek:)

6. Zamiłowanie do ciuchów sportowych. Pewnie, że nie są na każdą okazję, noszę je zresztą znacznie rzadziej niż kiedyś. Ale wciąż bardzo dobrze czuję się w bluzach, spodniach do treningu i adidasach. Tu mnie odeszło, bo połowa młodej Szkocji tak chodzi (plus złoto), a jednak miło się trochę wyróżniać.

7. Nie przepadam za ciuchami w stylu india-shopowym. Oprócz chińskich bluzeczek ze stójką nie lubię orientalnych klimatów.

8. Ponieważ mam okragłą buzię, nie noszę golfów, półgolfów, amerykańskich dekoltów ani obróżek. Dekolty chętnie głębsze (nie że cycki na wierzchu, ale mostek już tak), albo łódkowe, albo opadające z ramion.

9. Ostatnio trochę się przełamałam, ale generalnie jestem niespódnicowa. W ultra obcisłych dżinsach czuję się równie sexy jak w kiecce, z tym że raz, że bardziej swojsko, dwa, że nic mi się w nich nie podwinie ani nie podwieje;)

10. O właśnie. Zdecydowanie preferuję obcisłe ciuchy. Nie lubię, kiedy coś się za mną wlecze, plącze, powiewa albo dynda. Wyjątkiem są bojówki, bo widział kto obcisłe bojówki?;)

11. Nigdy nie noszę nakryć głowy, obojętnie jaki mróz. Ze względu na włosy, które zaraz mi się odkształcają - mam włosy bardzo podatne na mechaniczne odkształcanie, pogodę i takie tam - ale choć to nie wina gustu uwzględniam, bo to też w praktyce element stylu.

12. Rzadko chodzę w odkrytych butach. Ma to coś wspólnego z moją schizą paznokciową (pamiętacie?), a dokładniej, tamta schiza jest pochodną schizy stopowej. Ludzkie stopy, nawet najładniejsze (własnym zresztą nie mam nic do zarzucenia) mają dla mnie w sobie coś obleśnego. Czytaliście może Milczące psy? Jeśli tak, kojarzycie zapewne postać Grabkowskiego. Z tym panem to bym mogła sobie rękę podać.

I uprasza się o niepolemizowanie z tym punktem, nie wyrażanie zdziwienia itp. Tak mam, nic nie poradzę, trudno.

13: Generalnie: prosto, wygodnie, trochę sportowo, trochę sexy, ekstrwagancja tak, ale jako przyprawa, nie danie główne:)

To, co się w moich preferencjach cyklicznie zmienia:

1. Ulubione kolory. Wierna jestem jedynie białemu, poza tym przerobiłam już okresy zielony, czerwony, czarny oraz błękitny. Obecnie najchętniej noszę czerń z bielą i szarością plus zieleń. Lubię ciemny brąz, ale unikam, bo mam ogólnie brązową kolorystykę (włosy, oczy, opalenizna) i by było nudno:)

2. Fasony spodni. Zaklinałam się, że nie kupię rurek - i mam dwie pary. Wcześniej nosiłam bootcuty, spodnie szerokie, biodrówki; mam też fazę na takie z wysokim pasem. Bootcuty są zawsze namber łan, ale tu jestem otwarta na nowe.

3. Dodatki zwykle bez oporów kupuję takie, jakie aktualnie są na czasie, czego nie można powiedzieć o pozostałych moich rzeczach (tu kieruję się wyłącznie gustem). Nawet, jeśli jakaś pierdółka za 3 funty będzie za rok kompletnie passe, kto by tego żałował?:)

Dysproporcja między tym, co elastyczne a tym, co niezmienne, jest raczej spora;)

No, to czekam na Was:)

EDIT

Poniżej wklejam wypowiedź Meadwyn, której z przyczyn obiektywnych nie da się niestety dodać do komentarzy. Na przyszłość lepiej piszcie od razu w oknie, zamiast wklejać, bo blox niestety klasyfikuje to jako spam.

Mead napisała:

Pójdę trochę na łatwiznę, ale za 45 minut ćwiczenia, więc rozumiecie

1. Podpisuję się pod Arien i Vespą w sprawie prostych, ładnych linii (czasem wręcz klasycznych), dobierania kolorów (chociaż lubię ładne kontrasty, na przykład czerń i bordo), dopasowywania mody do gustu a nie odwrotnie, miłości do czerni i dżinsów (dżinsy to podstawa mojej szafy).

2. Nie wyjdę z domu, jak się źle czuję. Mam kompleksy na punkcie dupy, która nie jest jakoś malutka i okrągła i na przykład źle się prezentuje w ultramini (po prostu jest za długa. dupa znaczy). Nie znoszę cycków na wierzchu, mam nisko osadzony biust i efekt wiatru hulającego po dekolcie mnie odrzuca. Nie pójdę z gołym brzuchem nigdzie poza plażą. I tak dalej.

3. Odpadają całkowicie: brokaty, cekiny, koraliczki, wielkie wzory, zwłaszcza a la dres, wielkie logo, napisy w stylu Britney itd. Nie założę na ulicę niczego, co kojarzy mi się z dyskoteką. Odpada z kretesem folk, india style, siłownia i techno party. Odpadają róże, jaskrawości i kolory lalki Barbie.

4. Kocham wszystkie odcienie niebieskiego, od błękitu po nasycony granat. W ogóle podchodzą mi wszystkie kombinacje niebieskiego, szarości, czerni i bieli. Mam trochę ciepłych kolorów, ale nie pałam do nich aż takim entuzjazmem.

5. Kocham bawełnę i naturalne materiały. Sweter w 100% z ropy naftowej to nieporozumienie.

6. Podziwiam ładne dodatki i ozdoby, ale sama nie zbieram i nie noszę. Wyjątek stanowią bale, Sylwester i co większe imprezy. Mam jeden jedyny pierścionek, czasem się skuszę na delikatny naszyjnik i to w zasadzie wszystko. Jako jedyna dziołcha w okolicy nie mam przekłutych uszu.
7. Nawet lubię poważniejsze okazje typu praca czy egzamin, bo wtedy mogę się odstrzelić. Uwielbiam ładne koszule, dobrze skrojone marynarki (kocham marynarki!), eleganckie spódnice i spodnie. Gdybym była mężczyzną, codziennie nosiłabym krawat. W ogóle uwielbiam męską elegancję, garnitury, koszule, marynary. Damski garnitur czy ładny komplet to właśnie to  Z podobnych względów uprawiam kult eleganckich sukienek i nie znoszę, gdy na uroczystych galach wylatują znane osoby ubrane jak na wiejską potańcówę. Zwłaszcza z taką ilością kasy.

8. Buty. Znowu: jedyna dziołcha we wsi, która nie ma ANI JEDNYCH szpilek. Butom stawiam horrendalne wymagania: wygodne, obcas, ale nie za wysoki, stabilny, ładny, nie mogą powiększać mojego kopyta o rozmiarze 41, nie mogą szpecić nogi, odpadają wzorki typu safari, moro czy inne ciapki. Buty kupuję wg kodu: ciemne/jasne. 95% jest czarnych. Pozatym jestem uczulona na temat: co do butów. Nie założę skarpetki do niczego poza glanami i adidasami. Nie założę zakrytych butów na gołe stopy.

9. Lubię ładne rajstopy. Fetyszyzuję zwłaszcza Gattę  Podobnie uwielbiam ładne komplety bielizny w różnych kolorach, paski do pończoch, gorsety, pończochy samonośne, różne warianty stringów, koszulki, fikuśne piżamki. Mogłabym mieć tego całą szafę i jeszcze kilka pudeł na strychu

Aha: Swój styl określiłabym jako casual, z pretensjami do elegancji

13:46, suotkie_vespiontko
Link Komentarze (44) »
czwartek, 01 marca 2007
Szał uniesień - fo na zebrze

Dzisiejsza bielizna: szary stanik z Kapphala - spłaszczający piersi, mój ulubiony ostatnio, szare majtki z białym kwiatkiem po boku.

Czekając na wiosnę, nowy sezon, szczuplejszą sylwetkę i wpis o Izrael style opowiem Wam o tym co w sklepach wisi a co kusi forsycję najbardziej ;D

Będąc na feriach w domu miałam okazję zwiedzić koszalińskie centrum handlowe. Zawartość tego pomarańczowo-srebrnego pudełka niczym nie różni się od zawartości naszych CH, ale jedna rzecz wpadła mi tam w oko i do tej pory tkwi w nim.

Oto bowiem wśród tych pasiastych szarości, które królują na wieszakach (uwaga dziewczyny - w tym sezonie szarość to nowa czerń!), obok panterek, które mnie osobiście kojarzą się z Peggy Bundy, dojrzałam deseń niedoceniony - zebrekę! O zgrozo wypatrzyłam go na torebce za jedyne 878 zł (chciałam ją nawet kupić ale ta przednia ósemka mnie onieśmieliła;/) tak miękkiej i tak głośno krzyczącej "weź mnie", że kiedy okazało się iż mnieć jej nie będę prawie się popłakałam ;(

Od spotkania z torebką w zeberkę minęło już kilka tygodni a ja chodzę jak struta powtarzając "ludożerka chce zeberkę". Panterek nie trawię, paski mnie poszerzają. Jedynym rozwiązaniem na nowy sezon jest zebra. Po każdą postacią. Mieszanka czerni/szarości i bieli.

Od tego czasu kupiłam przecudne kolczyki - 12 zł 

Bluzkę w H&M za jakieś 30 zł

tu szok - jest to rozmiar M, który jest z deka za duży, szczególnie po praniu, cycki z dekoltu wyskakują;/ Ale to już kwestia bawełny, niestety...

Wybrałam się też po baleriny w zeberkę - 129,00 zł

Będąc już w Zarze i wspominając Asła, która także uległa urokowi zeberki i kupiła baletki w ten wzór, rzuciłam okiem po sklepie i zakochałam się;D

Oto szczęśliwe baleriny, które pokonały zeberkę zarówno cenowo (99,00 zł) jak i deseniowo. Kolory pozostają takie same, więc przygotujcie się na czarno-białą forsycję tej wiosny ;D

14:39, niesforny_sutek
Link Komentarze (34) »
poniedziałek, 08 stycznia 2007
Dlaczego nienawidzę kupować spodni

dzisiejsza bielizna: zielone przezroczyste gatki

Również będzie o problemach z rozmiarami, choć nieco od innej strony. I tak jak poprzednia notka wychodziła od pesymizmu, by zakończyć się optymistycznie, tak tu będzie niestety odwrotnie.

Wczoraj udałam się poszukać jakichś spodni. Strasznie nie lubię kupować spodni, bo o ile bluzkę można wziąć na oko, a przymierzenie kurtki czy swetra nie wymaga specjalnego wysiłku, o tyle mierzenia dolnych części garderoby nie cierpię. Trzeba odstać swoje w kolejce do przymierzalni, rozpakować się z odzieży (jeszcze latem to pół biedy, ale zimą to cała operacja), poza tym w przymierzalniowych lustrach zawsze wygląda się grubiej niż w rzeczywistości, a specyficzne oświetlenie nie pozostawia żadnych złudzeń co do nieposiadania cellulitu. Ach no i ostatnia, kto wie czy nie najgorsza rzecz - jeśli zakupy robi się samemu, w wypadku gdy wybrane spodnie nie pasują rozmiarem, a są fajne, nie ma kogo posłać po drugą parę. Trzeba się ubierać, wychodzić, szukać, i powtarzać cały cykl. No ale byłam na tyle zdeterminowana, że przełamałam się i zaczęłam mierzyć jedne po drugich.

I wkurwiło mnie to, co zwykle, a co zostawiłam sobie na deser:

od paru lat noszę rozmiar relatywnie nieduży 38 (wcześniej to było 36, ale to se ne vrati). I mniej więcej w 75% przypadków wychodzi na to, że producenci utożsamiają wielkość / małość ze wzrostem. Bo od **uja spodni nosić nie mogę, pomimo iż na dupie leżą prawidłowo. Ponieważ sięgają mi one do kostki, ba, czasem powyżej. Jasne, że są fasony, które taką długość mieć powinny, ale dżinsy bootcuty do nich nie należą. Tu nogawka musi trochę przykrywać but, bo inaczej wygląda się jak cieć.

W końcu udało mi się znaleźć JEDNĄ parę dżinsów, które były ok (mierzyłam pięć czy sześć i wszystkie pozostałe były za krótkie), oraz kamuflaże, które ze względu na nogawki musiałam wziąć w rozmiarze 40. Akurat w tym przypadku tak 40 jak i 38 leżały mi na zadku w porządku, więc problemu nie było. Niemniej często ta czterdziestka odstaje mi tu i ówdzie, i nie zawsze się tak da.

Nie jestem anormalnie wysoka, mam 173 -175 (kwestia chwilowo nierozstrzygalna) cm, czyli na krzywej Gaussa tak pewnie w połowie wysokości. Znam mnóstwo dziewczyn o zbliżonym wzroście, a nawet sporo wyższych, w tym dwie znacznie. I w związku z tym nie rozumiem, dlaczego większość producentów wypuszcza na rynek ciuchy, których osoba powyżej 165 (tak strzelam, równie dobrze mogę zgadywać że 168, dla mnie na jedno wychodzi) nosić nie da rady, chyba że jest tęższa. To jak sobie kurna radzą modelki, panny przecież po 180 cm z hakiem i w rozmiarze 36??? 

Może powinnam kupować w sklepach dżinsowych, ale zniechęca mnie, że tam wszystko leży poukładane w kosteczkę, zamiast wisieć na wieszakach. Robię błąd?

Cieszy mnie bardzo, że następna wyprawa po spodnie najwcześniej za dwa miesiące.

18:40, suotkie_vespiontko
Link Komentarze (18) »
czwartek, 28 grudnia 2006
sklepów oswajanie

Dzisiejsza bielizna: stanik czarny koronkowy w czerwone kwiaty, gatki bawełniane czerwone w czarne serduszka, all from KappAhl.

Drogie Moje!

Wiecie doskonale, że zmagam się z poważnym zakupowym problemem - nie znajduję na się rozmiarów.
Jednak dzisiaj byłam w desperacji - potrzebowałam kiecki na bal! Wczoraj wybrałam się z lubym mym na zakupy krótkie do Arkadii i kupiłam m.in. w H&M gorset czarny, analogiczny do tego jaki ma przy swej kiecuni Sutek. Gorset jest cudnej urody, podkreśla to, co trzeba, nie pokazuje zbyt wiele z tego, czego nie potrzeba. Cudo.
Do cuda jednak trzeba było dobrać kiecunię, czym miałam się zająć dzisiaj, ponieważ idealna spódnica z KappAhlu (z przodu krótsza, z tyłu dłuższa z falbaną - mniód!) była za mała.
No cóż, zdarza się.
Dlatego też dzisiaj wybrałam się do Galerii Mokotów i jakoś tak weszłam do pierwszego lepszego sklepu... Był to akurat Royal Collection, w którym raz, sto lat temu kupiłam buty. Weszłam, popatrzyłam, wypatrzyłam, zobaczyłam rozmiar 42 (niby za mały, ale ja rozmiarom pisanym zasadniczo nie ufam, musze przymierzyć), wzięłam, przymierzyłam... I pasowało! Mało tego, było idealne! Cena wprawdzie porażała, ale kiecunia była w sam raz!
To mnie tak ośmieliło, że po prostu zaczęłam wchodzić do niemal wszystkich ciuchowych sklepów! Camieu, Tally Weijl, Orsay, Zara, Jaqueline Riu, River Island, Peek&Cloppenberg - wszystkie te sklepy, których się bałam, bo myślałam, że rozmiarówka kończy sie na 40. I cóż za niespodzianka, zdarzały się rozmiary 44 i 46 (sic!), w które się mieściłam!
W końcu w Jaqueline Riu trafiłam na spódnicę fajną, oryginalną i o przystępnej cenie (na początku nie było rozmiaru, ale potem wróciłam i mi pani wyszukała w magazynie :)), więc do kompletu brakuje mi już tylko czerwonego boa, bo buty ustrzeliłam w Deichmannie.

Konkluzja jest taka, że niepotrzebnie się bałam. Opanował mnie strach przed pogardliwymi spojrzeniami ekspedientek i własnym rozczarowaniem, gdy spodnie zatrzymują mi się na udach. Okazuje się jednak, że nie wszystkie sklepy zatrzymały się na 38. To bardzo pocieszające :))
(Brałam tez pod uwagę nagłą utratę wagi, ale przecież przed utyciem miałam problemy ze znalezieniem mniejszych rozmiarów.. Coś się chyba powoli zmienia :))

18:12, aslica_goracewargi
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6